W Łodzi często jest tak, że idąc jakąś ulicą nagle, ni stąd ni zowąd bezczelnie gapi się na Ciebie jakiś … smutny budynek (choć wielu z Was pewnie spodziewało się tutaj wyrazu „menel”?). Wielu instynktownie ignoruje te „płaczliwe widoki” z bardzo prostej przyczyny. Takie sytuacje mają miejsce niemal na każdej ulicy, a już w ścisłym centrum miasta nie sposób się od nich odpędzić. Kamienice, pałace, stare drewniane domy, małe i duże, większość gapi się na Ciebie w tym samym błagalnym tonie. Nieraz człowiek stoi na światłach, czeka cierpliwie na swoją kolej, przyglądając się tym niewdzięcznym obrazom. Na tych głupich światłach, kiedy czekasz na swoją kilkusekundową lukę w kolorystyczno-dźwiękowej układance skrzyżowań, która pozwoli Ci bez większego uszczerbku na zdrowiu, przejść/przejechać na upragnioną drugą stronę ulicy. Właśnie tam masz chwilę, aby podnieść wzrok i rozejrzeć się dokoła. I widzisz ten obraz po raz kolejny w swoim życiu. Znasz ten widok od lat. Te same kamienice, te same wybite okna, podrapane mury, te same kibicowskiej teksty na murach (tylko ostatnio dopisali parę nowych rymowanek). Co wtedy sobie myślisz? Czy ten budynek niedługo pierd.. jak cała reszta ? Czy złomiarz wyniósł już całą secesyjna balustradę? Może coś jeszcze zostało? Może zburzą to i zrobią kolejny parking? Może zburzą to wszystko i postawią nowe bloki? Nowe bloki, ale co jest nie tak z tymi kamienicami? Że stare, to do rozbiórki? Jeśli masz takie rozterki, to możesz śmiało czytać dalej, jeśli nie, to lepiej zrezygnuj. Dalej będzie już tylko o niezwykłych miejscach w Łodzi, które mocno się zakurzyły…

Na Wólczańskiej 36 znaleźliśmy kiedyś niezłego płaczka. Ukryty za gęstwinami drzew i dawno nieprzycinanych krzaków. Sprowokował nas do rozterek z gatunku „zobacz, w Łodzi na każdym rogu stoi gdzieś zapomniany pałac, ciekawe ile jeszcze wytrzyma”. Inspiracją do naciskania migawki w aparacie pozostała szczera chęć „uratowania go” chociażby na zdjęciach. Jak się okazało, neorenesansowa willa pochodzi ze schyłku XIX wieku. Należała do Józefa Bayera, który biznes w Łodzi, w owym czasie, robił na składzie desek i drewna. Nie ma się z resztą co dziwić, skoro rozciągał się w tej okolicy niezły las, a niedaleko od jego willi, niejaki Teodor Milsch raczył gości swoim piwem w słynnej „leśniczówce”.  O willi przy Wólczańskiej wieści mamy niewiele. Już w 1909 roku wykupili ja trzej lekarze, specjaliści jak przypuszczamy, od chorób skórnych. Wnioskujemy po tym, że za ich sprawą powstała w willi klinika chorób skórnych i wenerycznych. Dalej w 1929 roku przebudowano ją, po czym spłonęła (na szczęście niedoszczętnie). Obecnie, jak czytamy, należy do policji… Jesienią obraz rozpaczy tego miejsca nabiera intensywniejszych barw. Dlatego pokazujemy go Wam w letniej gęstwienie. Pod warstwą niezłego kurzu widać jeszcze symbole jego dawnej świetności (i głębokiej kieszeni właścicieli).

Wólczańska to w ogóle ulica „fabryk i pałaców”. W istocie wciąż tak jest, choć dodanie na początku wyrazu „ruiny” uczyniłby określenie „fabryk i pałaców” wciąż aktualnym. I do następnego pałacu właśnie teraz się przenosimy. Pod numerem 17 znajduje się kolejny płaczek. Tym razem z gatunku tych dumnych, bo ten właśnie budynek zagrał kiedyś w filmie. I to nie byle jakim – „Kingsajz”. Dumnie stoi zatem i niszczeje, bo chętnych na jego adaptację w coś innego niż ruina do tej pory nie było. Parkować można wzdłuż ulicy zatem parkingowy biznes w miejscu willi tez nie wchodzi w grę. Po drugiej stronie ulicy mamy okazały, fabryczny budynek. Jak to w Łodzi zwykle bywa, fabryka stoi naprzeciw willi jej właściciela – Edwarda Henschela. Ów, fortuny w Łodzi dorabiał się na kocach, chustkach i flanelach.

Nieźle zakurzyła się fabryka braci Stolarow na ulicy Rzgowskiej. Wiele osób kojarzy to miejsce z rewitalizacją części obiektu na rogu Rzgowskiej i Dąbrowskiego (całkiem niezłą, choć wyraźnie odstającą od klimatu całego otoczenia). Nikt nie zapuszcza się dalej, w głąb kompleksu (bo chyba nawet nie można sobie od tak wejść na teren obiektu). Co zostało z kompleksu fabrycznego można zobaczyć spacerując sobie wzdłuż ulicy Dąbrowskiego. Kim byli bracia Stolarow? To dosyć niezwykły przykład w Łodzi. Właściciele, jak wielu już pewnie zdążyło się domyśleć, pochodzili z carskiej Rosji i byli niezwykłym przypadkiem. Rosjanie raczej rzadko mieszali się w sprawy biznesowe. W Łodzi pełnili raczej funkcje urzędowe i bliżej było im do okupanta niż fabrykanta. Dlatego przypadek braci jest dość odosobniony. Tak samo odosobniony jest teraz ich kompleks fabryczny. Świetnie prosperujący biznes do wybuchu I wojny światowej był pełnym zakładem produkcji bawełny we wszelkich jej stadiach. Obok fabryki powstały również magazyny, warsztaty mechaniczne, domy mieszkalne oraz wille dla administracji zakładu. Zakłady uchodziły za nowoczesne zarówno w zakresie wyposażenia fabryki jak i podejścia do spraw pracowniczych. Stolarowie dla swojej załogi przygotowali szereg rozwiązań socjalnych w postaci szkół dla dzieci robotników, aptekę, kasę chorych. Zatrudniono fabrycznego lekarza oraz program wsparcia dla potrzebujących pomocy. Po krótkich epizodach z zarządem państwowym nad zakładami (co miało miejsce po I wojnie światowej i trwało do 1923 roku) Stolarowie w zasadzie prowadzili zakłady do II wojny światowej. Po wojnie, w upaństwowionych zakładach powstały np. szkoła podstawowa, a potem urząd pracy. Część fabrycznych obiektów uległo już rozbiórce, w ich miejscu powstał np. wspomniany budynek na rogu ulic. Do dziś mamy jeszcze okazję podziwiać rozmach przedsięwzięcia. Mimo sporego rozmiaru, wiele obiektów fabryki jest w opłakanym stanie. Fabryka płacze do nas od strony Rzgowskiej, płacze też od Dąbrowskiego.

Takich płaczków jest oczywiście zdecydowanie więcej. Okazuje się jednak, że coraz więcej łodzian przestaje przechodzić obok płaczków obojętnie. Dowodem jest chociażby społeczne zaangażowanie na rzecz odzyskania skradzionej furtki z willi Kellera. Dowodem jest społeczne oburzenie na tych, co zawsze wróżą Łodzi „polskie Detroit”. Dowodem jest budżet obywatelski. Łódź trochę wstydzi się swoich płaczków, trochę jest z nich dumna. Wstydzi się, bo wstyd ich pokazać przyjezdnym. Wstyd że tyle lat już płaczą na każdym rogu. Dumna jest, bo pod ich warstwą kurzu, sadzy i brudu, kryje się wspaniała perełka. I Łódź to wie…