Przy ulicy Gdańskiej 13 w Łodzi znajduje się Muzeum Tradycji Niepodległościowych. Gdyby zapytać przechodnia z czym kojarzy mu się wspomniana nazwa muzeum, pewnie miałbym spory problem, aby powiedzieć coś sensowego. Tradycje niepodległościowe to dość abstrakcyjny termin. Jako, że sami mieliśmy problem z definicją tego miejsca, musieliśmy udać się tam, aby dokładnie dowiedzieć się czego te tradycje dotyczą. Jakie wielkie było nasze zaskoczenie kiedy okazało się…

… że muzeum to było dawnym więzieniem. Dziś być może to bardzo rzadki widok, gdy idąc sobie niemal centrum miasta spotykasz na rogu… więzienie. Cóż, w czasach, gdy budynek obecnego muzeum powstawał, ulica Gdańska była jeszcze ulicą Długą i wiodła przez bezkresne, piaszczyste pola prosto do wsi Wólki. Z tej wsi Wólki to dzisiaj zupełnie niewiele już zostało. Tak naprawdę to została chyba tylko nazwa innej ulicy, przy której owa wieś się znajdowała. Mowa oczywiście o ulicy Wólczańskiej. W każdym razie, piaszczyste pola należące do mieszkańców Starego Miasta były całkiem niezłym miejscem do postawienia muzeum… tfu więzienia. Takim to sposobem w latach 1883-85 powstało carskie więzienie, o czym przypomina tutaj tablica pamiątkowa na elewacji budynku. Tablicę w tym miejscu powiesił Urząd Miasta. Dopisał również, że budynek jest prawdopodobnie autorstwa Hilarego Majewskiego. Spieszymy wyjaśniać kluczowe w tym wypadku słowo „prawdopodobnie”. Nazwisko tego architekta wielokrotnie pojawia się przy znanych budynkach w Łodzi. Wg szacunków zaprojektował on nieco ponad 500 obiektów w mieście. Z racji pełnionej przez niego funkcji głównego architekta miasta, niektórzy przypuszczają, że wiele projektów wcale nie musi być jego autorstwa. Majewski mógł zwyczajnie tylko składać podpis pod projektem, w ramach pełnionej przez niego funkcji. Tłumaczy to dylemat fundatorów tablicy.

Nie jest to z resztą jedyna tablica, bo zaraz obok trafiamy na kolejne. Jedna z nich wskazuje na „wyjątkowego” więźnia tego obiektu, którym był sam marszałek Piłsudski. Przyszły marszałek trafił tam prosto z ulicy Wschodniej 19, gdzie zdekonspirowano jego małą, tajną drukarnię wydającą pismo „Robotnik” (pisaliśmy o niej nieco tutaj – zajrzyjcie koniecznie). Do więzienia trafił wraz żoną, która później przeniesiona została do Warszawy. Sam Piłsudski spędził w więzieniu nieco ponad 1,5 miesiąca, by zostać przeniesionym do warszawskiej cytadeli i czekać na proces, symulować chorobę psychiczną, aż wreszcie uciec z transportu do Petersburga i zostać przez to bohaterem PPS-u.

W późniejszych latach carskie więzienie stało się więzieniem dla kobiet. Funkcjonowało w tej postaci do 1953 roku, kiedy to obiekt zamieniono na wojewódzką szkołę dla milicji obywatelskiej. Przez 6 lat funkcjonariusze milicji przysposabiali tajniki anatomii ludzkiego ciała, by jeszcze lepiej i boleśniej móc przyłożyć gumową pałą. Od 1958 roku funkcjonuje w budynku muzeum, wcześniej nazywane Muzeum Historii Ruchu Rewolucyjnego. Istnienia szkoły dla MO nikt na elewacji nie upamiętnia (całkiem z resztą słusznie). Dodano za to tablicę w hołdzie kobietom ofiarom terroru stalinowskiego we wczesnych latach 50. XX wieku.

Już same tablice sporo mówią o tym miejscu, które z zewnątrz dalekie jest od typowych nam „ochów i achów” jakie przeżywamy na widok budynków w Śródmieściu. Elewacja, choć odnowiona i czysta jest, mimo tego, bardzo sterylna i poprawna. Budynek z zewnątrz przypomina bardziej typową „tysiąclatkę” niż dawne więzienie. Co tam jednak ściany od ulicy, kiedy zachwycać to my się mamy wnętrzem.

Klimat tego miejsca jest wyjątkowy. Aż trudno ową wyjątkowość opisać, bo lepiej oczywiście jest poczuć ją na własnej skórze. I gęsia skórka też jest tutaj trafnym określeniem, bo niemal od samego wejścia do muzeum trafiamy tak naprawdę do mrocznego więzienia. Wielki plus dla organizatorów wystawy na parterze za to, jak dobrze oddali surowy klimat tej placówki w jej oryginalnym, pierwotnym zastosowaniu. Zwiedzający niemal czuje się więźniem tego obiektu, ponure kolory, mroczne cele i przygnębiająca aura jest tutaj wszechobecna. Mocno zapadają w pamięć cele dla więźniów odwzorowane w ich oryginalnym staniem i „wyposażeniu”. Patrząc na te obdarte ściany i ciasne, smutne ławki do spania rozświetlone nikłym świetlikiem bardziej wrażliwi mogą zatroskać się chwile nad losem byłym skazańców. W całej mrocznej aranżacji jesteśmy wiedzieni, równie mrocznym korytarzem, prosto do sali rozświetlonej światłem słonecznym. To z niej prowadzi droga na więzienny dziedziniec lub bardziej chyba spacerniak. Z bliska można zobaczyć tutaj zabytkową więźniarkę.

Przytłoczeni parterową wystawą więzienną przeżywamy istne katharsis wspinając się na wyższe piętro. To właśnie tutaj zrozumieć można czym dokładnie są wspomniane tradycje niepodległościowe. Każda z sal niemal pęka od zabytkowych eksponatów w postaci chorągwi, broni, odznaczeń, mundurów i wielu innych atrybutów. Jasne światło padające na szklane gabloty dodaje całej ekspozycji blasku i patosu. Mamy wrażenie, jakby wszystko co narodowe, zrobione było ze złota i innych, równie szlachetnych metali. Głęboko w podświadomości czujemy gdzieś narodową dumę.

Kwintesencją muzeum (w naszej opinii) jest sala marszałka Piłsudskiego. Trafiamy do wąskiej, lecz całkiem obszernej sali, gdzie każda ściana niemal pęka od pamiątek po marszałku. W tle słychać rozmowę na temat Piłsudskiego, towarzyszy nam muzyka odgrywana na pianinie. Sala jest dobrze oświetlona ciepłym światłem. Na szczycie wystawy ogromne biurko, przy którym chcemy wierzyć, że wciąż siedzi sam Piłsudski.

Całe to miejsce niesie ze sobą potężną dawkę energii. Muzeum jest z pewnością miejscem ciekawym, choć to raczej rozrywka dla wymagających. Przypuszczamy, że dzieci w wieku szkolnym miejsce to odwiedzają bardziej w ramach szkolnych wycieczek niż weekendowych spacerów z rodzicami. Podstawowa wiedza z historii ostatnich 200 lat dziejów Polski jest tutaj wymaga dla zrozumienia kontekstu wystawy. Mimo wszystko warto zajrzeć tutaj od czasu do czasu. Raz, aby przypomnieć sobie co nieco z ostatniej burzliwej historii narodu, dwa, by poczuć narodowy klimat. Można tutaj na chwilę nawet wyobrazić sobie jakby sam marszałek był łodzianinem…

 

Napisaliśmy na podstawie:
1. Dariusz Kędzierski, Ulice Łodzi, wydawnictwo Księży Młyn, Łódź 2009
2. Ryszard Bonisławki, Spacerownik Łódzi, Biblioteka Gazety Wyborczej,