Wszystko wskazuje na to, że najcieplejsze dni tego lata mamy już za sobą. Pewnie wielu z nas będzie wkrótce z tęsknotą wspominać upalne wieczory, spędzone wraz z przyjaciółmi przy szklaneczce lub kuflu zimnego piwa. Podejrzewamy, że branża piwowarska tego roku nie narzekała na obroty. A my, przy tej okazji, nie możemy uwierzyć, że Browary Łódzkie są w takiej kiepskiej kondycji. Przynajmniej wizualnie, bo na degustację jakoś się nie zdecydowaliśmy. Ale w końcu może podejmiemy i to wyzwanie.

To jak to było z tymi browarami w Łodzi? Ważeniem piwa zajmował się niejaki Milsch. Ale jego browar nie był ani jedynym, ani  pierwszym tego typu interesem. Jeszcze przed nim warzyli niejacy bracia Gehling oraz Anstadtowie.

Karol Anstadt przybył na ziemie polskie z Saksonii w latach 30. XIX wieku. Początkowo trudnił się  drukowaniem tkanin, jednak sytuacja ekonomiczna zmusiła go do przekwalifikowania się. I tak w 1864 roku założył przy ul. Średniej (dzisiaj Pomorskiej) browar. Zakład był duży i bardzo nowoczesny. Interes szedł dobrze, bo i branża ma swoich amatorów od stuleci. W 1874 roku przedsiębiorstwo przejęli w spadku synowie Karola, którzy kilka lat później przekształcili je w spółkę akcyjną o wdzięcznej nazwie Towarzystwo Akcyjne Browaru Parowego Sukcesorów Karola Anstadta. Panowie poczynili inwestycje i rozbudowywali fabrykę, a wraz z nią swoje indywidualne majątki.

W roku 1900 jeden z braci – Karol Ludwik Andstadt (tak, to ten od Parku Helenowskiego) wybudował własny browar. Znajduje się on przy ulicy Sędziowskiej 15. O ile browary przy Pomorskiej były nam dość dobrze znane, to zaciekawił nas kompleks na Bałutach. Podejrzewamy, że z pierwotnego zakładu ostało się już niewiele. Właściwie tylko budynek słodowni i to w nienajlepszym stanie. Jest on opatrzony murami oporowymi, tworzącymi bardzo klimatyczne przejście. Wielka szkoda, że z całych zakładów ocalało tylko tyle. A mury oporowe zamiast cieszyć przechodniów cieniem i zielenią straszą zaroślami, śmieciami i ohydnym zapachem. Podobno jakiś czas temu był inwestor, który budynki dawnego browaru Anstadta miał przerobić na nowoczesne apartamenty. Czytaliśmy, że przy okazji uzgadniania tej inwestycji doszło do wyburzenia części kompleksu, a rewitalizacja nie doszła do skutku. I w ten sposób niszczeje kolejna fabryka, która kiedyś była chlubą miasta, a dzisiaj jest tylko ciężarem (ani na remont nie ma budżetu, ani wyburzyć nie można, bo zabytek – tylko kłopot!).

Po drugiej stronie ulicy Sędziowskiej niszczeje również willa Karola Ludwika, schowana w Parku Struga. Szkoda gadać… rezydencja też błaga o gruntowny remont. Mogliśmy przyjrzeć się jej dokładnie, bo co ciekawe, nie jest otoczona wysokim murem z drutem kolczastym i wyposażona w stróżujące nieprzyjazne wilczury. Nie jest ogrodzona niczym i można ją spokojnie obejść dookoła, przyglądając się niegdyś ładnej elewacji. Miłe dla nas zaskoczenie.

Ciekawostką jest, że w czasie II wojny światowej willę zajęli Niemcy (bo jakże inaczej) i prowadzili w niej eksperymenty pseudomedyczne. Po wojnie znajdowały się tutaj przedszkole oraz instytucje społeczne. Rezydencję otacza park, który był kiedyś własnością rodziny Anstadtów. Na jego terenie znajdowały się stawy rybne, z których pozyskiwano lód do schładzania piwa. Teren parku wykupiło miasto w międzywojniu, stawy zasypano w latach 40.

Wycieczka śladami rodziny Anstadów była ciekawa, ale jakoś mało budująca. Biznes świetnie prosperował, rynek zbytu był ogromny, majątek pozwalał na rozbudowę fabryk. I niby wszystko było tak jak być powinno, ale dzisiaj nazwisko Anstadtów jest całkiem obce, po fortunie zostały nikłe ślady, które niszczeją. I jakieś niedowierzanie w nas pozostało – jak można doprowadzić do ruiny taki biznes? Dlaczego Browary Łódzkie (będące w prostej linii następcą przedsiębiorstwa Anstadtów) są w tak fatalnej kondycji, że produkują tylko dla supermarketów i dyskontów średniej jakości wyroby?