„Straszny Dwór” na Brusie

Zwykle w niedzielne poranki wybieramy się do pobliskich parków (najczęściej na Zdrowie lub do Parku im. Poniatowskiego), aby pospacerować i przy okazji dokarmić kilka kaczek. Ptaki zwyczajowo zbierają się wtedy gromadnie na brzegu stawu, pozwalając nam podziwiać ich wdzięki oraz stadne zwyczaje. W zamian za ten występ wrzucamy im kilka kromek chleba zwiniętego w niewielkie kulki. Kaczki, choć niezwykle płochliwe z natury, w obliczu możliwości otrzymania „chlebowej kulki”, gotowe są śmiało wyjść na brzeg stawu. Nie są im straszne nawet odgłosy i sapanie porannych, łódzkich biegaczy. Rankiem jest ich całkiem sporo.  Niekiedy dokarmianie przyciąga uwagę dzieci, spacerujących z rodzicami lub też zwykłych przechodniów. Chwilę przyglądają się naszym poczynaniom, dzieci z reguły postraszą dla zabawy niewinne ptaki, po czym udają się dalej w swoim kierunku. My również, wyczerpawszy woreczek z prowiantem, z reguły udajemy się w różne ciekawe miejsca, by dalej poznawać zabytki Łodzi.

Akurat nie tak dawno temu, po takim porannym dokarmianiu, starczyło nam jeszcze ochoty i samozaparcia do dalszych spacerów. Tego dnia bowiem mróz był dosyć siarczysty, więc nawet z dokarmianiem uwinęliśmy się stosunkowo prędko.  Mimo niskich temperatur, liczba biegających o poranku, wydała się nam być zupełnie w normie. Tym samym brawo dla wszystkich śmiałków porannej gimnastyki na świeżym, ale jednak mroźnym powietrzu!

Obraliśmy kierunek w stronę Konstantynowa, bo czuliśmy pewien niedosyt jeśli chodzi o tamto miejsce. Ostatnio, przy okazji wycieczki do zajezdni tramwajowej, powiedzieliśmy Wam też nieco więcej o samej okolicy. Niemniej jednak z pewnością niejednego czytelnika nie zdziwi fakt, że na Brusie sporo jest jeszcze do zobaczenia.

Spośród wielu zabytków i ciekawych miejsc w Łodzi, a mamy tutaj na myśli wszelkie wille, fabryki i pałace, zdumiewającym pozostaje fakt, jak wiele z nich ocalało do dnia dzisiejszego. Budynki liczące sobie ponad 100 lat lub niekiedy dużo więcej, rewitalizowane lub też nie, wciąż dumnie stoją przy niejednej zatłoczonej łódzkiej ulicy. Cementuje je (i nieprzypadkowo używamy tutaj tego słowa)  jednak pewnie wspólny mianownik, dzięki któremu wciąż mamy okazje je oglądać – cegła.
W odróżnieniu od zabudowy drewnianej, cegła choć niekiedy w bardzo opłakanym stanie, stała się solidnym oparciem dla wielu zabytków Łodzi, przed zgubnym oddziaływaniem czasu. Zabytków, których podstawowym budulcem jest drewno, jest już w Łodzi bardzo niewiele. Kilka z nich pokazaliśmy Wam w łódzkim skansenie, który przybliżyliśmy przy okazji spaceru po Białej Fabryce. Był to jednak fragment dawnej zabudowy. Do tego warto dodać, że wszelki budynki, które postawiono w skansenie, nie pełnią już od dawna swoich pierwotnych ról (może poza kościołem, który dla wielu na zawsze pozostanie obiektem sakralnym).

Można się zastanawiać czy drewno samo w sobie jest w stanie oddać urok, przepych i bogactwo w stopniu podobnym do tego jaki uzyskuje się za pomocą rzeźb czy dekoracji zdobiących elewacje budynków z cegły. Rzecz jasna, jest to od dawna wiadome, bowiem przejazd przez Polskę wzdłuż i wszerz obfituje niemal bez przerwy we wspaniałe przykłady drewnianej architektury wsi. Niejeden artysta przywołał na płótnie swoich obrazów widok polskiej wioski, wielu również poetów i pisarzy, tworzyło swoje dzieła, zainspirowani tymże widokiem. Co do powyższego nie ma żadnej wątpliwości. Inna sprawa ma się jednak w przypadku łódzkich fabrykantów, których wielkie fortuny pozwalały stawiać okazałe pałace przy użyciu znacznie trwalszych i droższych materiałów. Można zatem przypuszczać, że bogatych fabrykantów mieszkających w drewnianych dworach, próżno będzie w Łodzi szukać. Wielu z nich pewnie, zanim wybudowali swoje wille i pałace, zamieszkiwało w drewnianych dworach, które rozbierali i zastępowali budynkami z cegły, gdy pozwalała im na to sytuacja finansowa lub budynek z drewna nie był w stanie udźwignąć już kolejnej rozbudowy. Na Brusie odnaleźliśmy jednak ciekawy egzemplarz, niemal wille lub mały pałacyk, który będąc z drewna, przetrwał spokojnie do dnia dzisiejszego.  Co ciekawe, wciąż ma lokatorów.

Dotarcie do wspomnianej willi nie jest wcale łatwe. Od ulicy Konstantynowskiej dzieli go wprawdzie niewielki odcinek drogi. Budynek jest także dobrze ukryty za wysokim murem z cegły, a do tego wiosną i latem, jego obecność skutecznie maskują stare dęby i kasztanowce. Jadąc Konstantynowską łatwo przeoczyć zjazd w odpowiednią stronę. Przez moment nieuwagi możemy znaleźć się pod starą zajezdnią tramwajową. Jeśli tak się stanie, znak to że należy zawrócić.

Znaleźliśmy się na tzw. folwarku Ludwika Meyera. Jego sylwetkę jak i wielkie inwestycje jakich dokonał w Łodzi, chociażby na ulicy Moniuszki, przybliżaliśmy wcześniej. Historia, choć niezwykle ciekawa, zakończenie ma dosyć marne. Meyer, ostatnie lata swoje życia spędził właśnie na Brusie, gdzie w 1911 roku zmarł dożywając 70 lat. Na Brusie rozpoczęła się jego fabrykancka kariera, tutaj również schronił się, kiedy po wszelkich chybionych inwestycjach, zostały mu liczne wierzytelności. Po śmierci majątek znalazł się w posiadaniu Bidermannów, którzy najpierw dzierżawili go prywatnemu najemcy, a później oddali w dzierżawę wojsku.  Stąd właśnie, w regionie tym, znajduje się poligon wojskowy, na którym w czasie wojny, Niemcy chowali ciała mordowanych Polaków. Z całego dawnego folwarku Meyera zachował się budynek, który pojechaliśmy podziwiać. Wszędzie dookoła, towarzyszyła nam  zabudowa dawnego PGRu. Specjalizowano się tutaj w produkcji mleka, serów i produktów mleko pochodnych.   Stąd pochodziły np. znany w Łodzi, „ser z Brusa”.

Majątek Ludwika Meyera na Brusie na pierwszy rzut oka przypomina niemal straszny dwór. Całej scenerii uroku dodaje jeszcze zimowa aura. Przed budynkiem znajduje się kawałek trawnika, który zapewne był niegdyś gazonem.  Fantastycznie wygląda za to narożna wieżyczka z przepięknym balkonem i potężnym dachem przypominającym wysoki cylinder. Budynek wizualnie znajduje się w całkiem niezłej, jak na swoje lata, kondycji. Z pewnością latem roślina oplatająca narożnik budynku dodaje mu świeżości i kolorów, których tak bardzo brakuje mu zimową porą. Wspaniale również prezentują się zielone okiennice, choć nie wszystkie doczekały się odmalowania. Mimo upływ lat dobrze prezentuje się ganek przy głównym wejściu. Najbardziej charakterystyczne, ażurowe wykończenia ze słonecznymi symbolami. Nieopodal w stronę ulicy Konstantynowskiej, znajduje się mały budynek o przeznaczaniu najprawdopodobniej garażowym. Choć nie do końca wiemy skąd się tam wziął, z pewnością nie pochodzi z zabudowy PGRu. Świadczy o tym styl i architektura budynku, która daleka jest o socrealistycznego stylu.

Willa jest niewątpliwie wyjątkowym zabytkiem Łodzi. Wyjątkowym choć chyba zapomnianym.  Cieszy fakt, że znalazła się w rejestrze zabytków Łódzki, zatem jest szansa, że spotka ją jeszcze druga młodość. Pewnie mocno liczą na to lokatorzy budynku.

 

Willa na mapie Łodzi: